w dzień taki jak wczoraj, kiedy zajebistometr spada poniżej zera
28 Jun 2007
Jak na ironię był to pierwszy od ponad miesiąca dzień, kiedy nie padało. Kupiłem sobie też roślinkę na biurko w pracy (bo mam nowe biurko) i od razu przesadziłem do większej doniczki. Ponieważ z nikim nie mogłem umówić się na oglądanie mieszkania na wynajem, dopadły mnie wspomnienia i oglądanie się za siebie. Odgrzewać wczorajszych wymiocin nie zamierzam, zanotuję jednak kilka ogólników dla własnej pamięci.
Straciłem chyba cierpliwość do mozolnego wykuwania swojej przyszłości, wytężania się w imię przyszłych, mglistych, a najczęściej w ogóle niewidocznych wygód, powtarzania sobie jeszcze pół roku i poszukiwania jasnych stron każdej z tych sytuacji. Wyjazd na baranią wyspę był próbą przełamania tego frustrującego rytmu, nie było jednak za nim planu innego niż pół roku, bo co później to miało się dopiero okazać. Mógłbym powiedzieć, że przyjechałem tu dla pieniędzy, a gdybym zostawał, to zostawałbym dla godności. Mógłbym, gdyby nie to, że trochę do tej godności brakuje. Trudno ukryć, że wszystko rozbija się w tej chwili o rozłąkę. O euforyczno-histeryczne, comiesięczne spotkania. Tym trudniej odbierając telefon i słysząc z wakacji nici czy przyjadę na krócej zachować ogólny spokój ducha i w ogóle kurwa zen. Bo w gruncie rzeczy nie jestem aż tak cierpliwy jak mi się wydawało i mam większe wymagania co do iluzorycznego przyszłego sukcesu, na który pracuję - chcę go teraz. Przed trzydziestką chyba już pora choćby na jego znamiona.
Jutro przyjeżdża inżynier Greg. Stara polska morda. Strasznie się spijemy i będziemy tego bardzo żałować. Zdaje się też, że autoterapeutyczna funkcja bloga zadziałała jak zwykle bez zarzutu.
Dzisiaj znowu pada.
Your turn:
| comments disabled |







