Możdżer, Danielsson, Fresco
27 Nov 2006
Wczoraj, godziną wieczorną udaliśmy się z p. i "siostrą" Johaną z cudem zdobytymi biletami na koncert (legendarnego?) trio Możdżer, Danielsson, Fresco. Koncert ten otworzył był trasę promującą ich nowy album - Between us and the light. Muzycy od pierwszych do ostatnich chwil nie pozostawili cienia wątpliwości, że są absolutną elitą światowego jazzu, mistrzami kompozycji, fenomenalnymi technikami i znakomitymi performerami. Słowem - wymiatają. Było to słychać już na ich poprzedniej płytce - Time, ale teraz są 126% bardziej, 96% więcej i 241% lepiej.
Utwory z nowej płyty powalają i zniewalają. Leszek wreszcie dał pograć i kolegom ;-),
Lars pokazał takie rzeczy na kontrabasie, wiolonczeli i efektach, że nie można przejść obojętnie,
Zohar na swoich dzwoneczkach, rureczkach, talerzach, łańcuszkach i szczotkach zmniejszał i
powiększał salę koncertową. W ich muzyce jest teraz więcej egzotyki, transu, ale i ciszy.
Artyści live są niesamowicie ekspresyjni i sugestywni. W trzecim (może czwartym) wałku, jaki zagrali
przeżyłem chwile na prawdę głębokiego poruszenia - absolutnie cudowny odlot. Fresco chlapał
morską pianą i sypał w oczy piasek plaży. Możdżer spuścił lodowaty deszcz o wielkich, ciężkich kroplach.
Danielsson napełnił powietrze niepokojem, niepewnością i natrętną, nieprzyjemną myślą. Jezuu! Co się działo!
Oni nie mają serca - tak człowieka sponiewierać!
Solowe partie Leszka Możdżera są tak daleko odjechane w jazz, że można się zastanawiać, czy się pomylił
i wypadł ze skali, czy może jest geniuszem improwizacji. Znacznie rzadziej używa on natomiast innego
instrumentu - głosu ludzkiego. Nie tekstuje już z publiką, na koncercie oprócz rzeczowych zapowiedzi
kawałków powiedział tylko "no" po pierwszym i "taaa" po drugim bisie. Za oba wykwity ęlokwęncji otrzymał olbrzymie brawa ;-)
p. po koncercie stwierdziła, że nie powinni improwizować w Incognitorze - "ten utwór jest tak piękny,
że po prostu nie należy". Dokładnie wiem co miała na myśli. Są takie wałki, które godzi się
jedynie pokornie wysłuchać, a wszelki komentarz jest zbędny.
* * *
W dalszej części wieczoru udaliśmy się jeszcze do sąsiadującej przez ścianę Hipnozy. Dzięki wadzie wzroku całej naszej trójki (no, mojej akurat urojonej ;-) udało nam się przegapić możliwość zaproszenia do stolika Larsa i Zohara, którzy niespodziewanie zjawili się w klubie (szzzzzz - powiedziała kurtyna milczenia litościwie opadając).
Trasa koncertowa nadal w toku. Polecam gorąco i serdecznie. Ci ludzie to na prawdę artyści z najściślejszej światowej czołówki jazzu. To słychać.







