Garsed
03 Oct 2006
Garsed, Brett (Victoria, AU)
"We're not gonna sit in silence" na pewno każdy zna (prawda? ;-)
Garsed to moje wielkie odkrycie ostatnich dni. Wyraźnie wybijał się na tle innych sweepers
na filmikach z cyklu Guitars Suck na video.google.com. Atomowe brzmienie jego gitary
oraz niebanalne popisy solowe sprawiają, że jego muzykę czuję w końcach palców, uszu, w kolanach, wszędzie.
To, co Garsed tworzy to muzyka fusion, ale zdecydowanie wykraczająca poza kanon; jego empetrójki mam opisane jako Progressive Rock - coś w tym jest.
1. Od klipu wmiksowanego w jeden z tych filmów warto zacząć - Quid Pro Quo,
grany do spółki z TJ Helmerichem. Fusionowe i jazzujące odloty Bretta i TJa powracają w refrenie do konserwatywnej harmonii rocka
(czytaj, jak w C-dur to gramy tylko po białych ;-),
niejako przywołując ich do porządku wobec stylu dominującego. Niestety panowie w połowie utworu dostają autentycznej szajby i zaczyna się
zwariowana gonitwa po strunach.
Jeśli się podobało to przechodzimy do punktu drugiego. Jeśli nie - też przechodzimy.
2. Następny wałek to prawdziwa bomba wodorowa. Undoing otwiera płytę Big Sky.
Ponieważ Garsed dość otwarcie prezentuje się w Internecie tego kawałka możemy posłuchać
na jego stronie lub majspejsie.
Od razu zwraca uwagę połamane metrum utworu (6/4 6/4 5/4 5/4), dalej jest tylko lepiej.
Ten numer niesie ze sobą niesamowitą energię, której uwolnienie następuje w okolicach 1:50s
(zwróćcie uwagę na sekcję rytmiczną - perkusista przeistacza się z rockowego rympały w jazzowego mistrza)
Myślę, że odwołanie do orgazmu będzie tu na miejscu, zwłaszcza, że minutę później jest już spokojnie
i coraz ciszej.
3. Kolejnym wartym odsłuchania kawałkiem jest Brothers z tej samej płyty. Próbka - YouTube.
Jest to spokojna balladka, jednak nie ma w niej
drażniącej pretensjonalności - w środku utworu, gdzie inni widzieliby miejsce na popisową solówkę muzyk wycofuje się
ustępując pola basowi. A robi to wszystko, by pod koniec - excusez les mots - pierdolnąć ostro po bandzie. Ot, kontrapunkt.
Robi to wszystko jadąc konsekwentnie na bardzo ładnych tercjach i kwartach, przez co utwór zapada w pamięć na długo, długo.
Dalsza część płyta przynosi coraz to kolejne urzeczenia i zachwyty. Garsed zdaje się mieć niewyczerpany zapas pomysłów.
Szczególnie ciekawymi kompozycjami są Got The Horn, The Myth, Friend Or Foe.
4. Płytę zamyka utwór tytułowy. Gdy po raz pierwszy go/ją usłyszałem byłem przekonany, że jednak atomowy Brett stracił parę i wyszło mu takie rozmemłane coś. Naturalnie byłem w błędzie. Naturalnie. To, co dzieje się w Big Sky przyprawia o zawrót głowy. Delikatne tremolo gitary przywodzi na myśl rozmarzony świat Echoes Pink Floyd po to, by przejść w solówkę przesyconą brudnym przesterem. Garsed poleciał w niej daleko, wysoko. O ile lubię sobie podgrywać razem z nim to w tym momencie jestem zmuszony przestać i po prostu słuchać. Dalej jest jeszcze dziwniej - utwór przechodzi w rytmikę latynoamerykańską. Płyta się kończy, nastaje cisza i jedyna na co mam ochotę to ochłonąć.
Teraz, muszę się przyznać miało nastąpić słowo na zakończenie, ale ponieważ podczas pisania tej notki słuchałem płyty Big Sky nie jestem w stanie już nic skreślić. Polecam natomiast nabyć ją w drodze dowolnej, bo jest po prostu tego warta.







